Ratownik w Afganistanie
Wpisany przez Administrator   
środa, 25 maja 2011 07:32

 

Mam na imię Wojciech Smaga, mam 29 lat.

Do zawodu ratownika medycznego namówiła mnie siostra, która jest pielęgniarką. Od zawsze interesowałem się sportami wodnymi, w wieku lat 17 zostałem młodszym ratownikiem wodnym. Po dwóch latach zrobiłem kurs na ratownika wodnego i po zakończeniu edukacji w szkole średniej, postanowiłem podwyższyć swoje kwalifikacje co do udzielania pierwszej pomocy osobom poszkodowanym. Tak trafiłem do studium medycznego im. Prof. Stanisława Liebharta w Lublinie. W trakcie nauki uczestniczyłem w wielu pokazach oraz symulacjach akcji ratowniczych na terenie Lubelszczyzny.

Od 2006 roku pracuję w zawodzie. W latach 2006-2011 zdobywałem doświadczenie w wielu miejscach: Kolumna Transportu Sanitarnego „TRIOMED” w Lublinie (18 miesięcy), Izba Przyjęć z Oddziałem Pomocy Doraźnej I Szpitala Wojskowego w Lublinie oraz praca w oddziale chirurgicznym tegoż szpitala (16 miesięcy), Szpitalny Oddział Ratunkowy ZOZ MSWiA w Lublinie (33 miesiące), Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Lublinie - nadal (36 miesięcy). Praktyki w szpitalnych oddziałach klinicznych na terenie SPSK4 oraz SPSK1 w Lublinie. I i II Konferencja Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej, udział w szkoleniach ACLS, PALS, BLS-AED (instruktor ERC), udział w zawodach ratownictwa medycznego.

Poza pracą interesuję się przede wszystkim uprawianiem sportu w każdej formie i postaci (głównie wyczynowe). Do wyjazdu na misję w Afganistanie skusiła mnie możliwość sprawdzenia się w tych ekstremalnych warunkach oraz ciekawość. Przygotowania do wyjazdu na misję miały przebiegać intensywnie w ciągu 10 miesięcy. Miały polegać na szkoleniach z zakresu: zapoznania się z obsługą broni, warunków panujących na misji, ćwiczeniach poligonowych w zakresie działań operacyjnych i medycznych w trakcie ciężkich warunków bojowych, tj. ostrzału, walki w terenie, itp. Niestety jak pokazała rzeczywistość, nie odbyłem żadnego szkolenia… Miesiąc przed wylotem dostałem informację o konieczności zrobienia badań oraz szczepień, pobrania sortów mundurowych, podpisania umowy z Dowództwem Operacyjnym i dacie zgłoszenia się do jednostki wojskowej. Jeśli chodzi o przestawienie się i przyzwyczajenie do tzw. „drylu” wojskowego to nie było większego problemu, ze względu na to, że pracowników cywilnych nie obowiązuje większość regulaminów wojskowych. Natomiast na miejscu (czyli w Afganistanie) trzeba było szybko przyzwyczaić się do noszenia kamizelki na stałe, trzymania głowy nisko oraz szybkiego biegania, w razie czego. W bazie, w której przebywałem było ambulatorium oraz był na miejscu lekarz, więc sprawa prosta – wszystkie czynności wykonywane były na zlecenie lekarza. Ja byłem przypisany do oddziału operacyjnego, w którym lekarza nie było. Bezpośrednim przełożonym był dowódca grupy ewakuacji medycznej, w tym przypadku dyplomowany ratownik medyczny. W czasie działań poza bazą, wszystko co robiliśmy zależało tylko i wyłącznie od naszych kwalifikacji, wiedzy oraz doświadczenia. Nie było czasu, a także możliwości na kontaktowanie się z lekarzem, co do kwestii podejmowanych działań. Wykorzystywaliśmy wszelkie możliwe sposoby oraz posiadaną wiedzę, by pomóc rannym i poszkodowanym. Współpraca z moim dowódca przebiegała wzorowo, był nim ratownik po szkole w Łodzi, co prawda kilka lat młodszy ale bardzo dobrze przeszkolony, wiele uczyliśmy się od siebie wzajemnie.  Sprzęt, który posiadaliśmy nie różnił się niczym, od sprzętu który używam na co dzień w pogotowiu czy szpitalu. Do dyspozycji mieliśmy defibrylator „ZOLL”, automatyczny defibrylator AED, szyny Kramera, kołnierze, deski, podbieraki, nosze (3szt w Wozie Ewakuacji Medycznej), tlen, plecaki z pełnym wyposażeniem: materiały opatrunkowe, kroplówki, rurki intubacyjne, maski krtaniowe, rurki „LMA”, worki samorozprężalne, zestaw łyżek z do intubacji, wkłucia, wkłucia doszpikowe, itp. Czyli wszystko to co w standardzie jest na wyposażeniu każdego ZRM. Jeżeli chodzi o leki, to w ampularzu, znajdowały się te medykamenty, które ratownik może używać. Gorzej było jeśli chodzi o leki ścisłego zarachowania czyli narkotyki. Każdy żołnierz, czy też pracownik wojska, przebywający na misji posiadał pakiet indywidualny, w którego skład wchodziła ampułko-strzykawka z Morfiną 20mg, do podaży domięśniowej jednorazowego użytku, oraz opaska uciskowa. Z nowych rzeczy, które miałem okazję zobaczyć (bo nie zdarzyło mi się użyć), mogę wymienić zasypki do dużych ran, obficie krwawiących „Celox” oraz „Qicklot”. O sprzęt trzeba było dbać, a przede wszystkim walczyć o uzupełnienie braków. Z tym drugim czasem naprawdę były spore przeprawy, min. ze względu na miejsce stacjonowania oraz związane z tym trudności w dostarczeniu sprzętu i materiałów medycznych, nie wspominając już o współpracy z ludźmi odpowiedzialnymi za zaopatrzenie…  Praca ratowników w Afganistanie bardzo się różni. Chodzi tu o miejsce stacjonowania i  pracy, oraz wyznaczone zadania. Inny rozkład planu dnia mieli ratownicy przydzieleni do ambulatorium, inny ratownicy będący przydzieleni do odpowiednich grup bojowych, czy też operacyjnych. Osoby pracujące w ambulatorium miały wyznaczane dyżury, tak jak na SOR-ach. Natomiast praca ratowników przydzielonych do grup bojowych, czy operacyjnych, polegała głównie na zabezpieczeniu medycznym, żołnierzy wykonujących patrole oraz inne zadania poza bazą. Często warunki z jakimi się spotykaliśmy wymuszały na nas reagowanie nie tylko na patrolu ale także i w bazie. Gdy chodziło o ratowanie ludzi, nikt nie patrzył tak naprawdę gdzie jest przydzielony i jakie ma zadania, liczyła się każda minuta i para rąk do pomocy. Dlatego też często współpracowaliśmy razem. Czy osoba, która dopiero skończyła dyplom może spokojnie jechać na taką misję? Nie wiem jak do tego tematu podchodzi pracodawca, bo to głównie od niego zależy kogo przyjmuje do pracy, ale wg mojej oceny nie każdy nawet bardzo dobrze doświadczony i przeszkolony ratownik nadaje się do pracy w takich warunkach. W trakcie zdarzenia, podczas ciężkich warunków bojowych nie ma czasu na zdobywanie doświadczenia, szlifowania umiejętności nabytych w trakcie nauki, czy uczenia się nowych rzeczy. Osobiście odradzałbym, „świeżym” ratownikom wyjazd na misję. Pewność w podejmowaniu decyzji oraz doświadczenie zdobywane w czasie pracy, czy nabyte na różnych szkoleniach, a zwłaszcza na zawodach jest bezcenne!!! Wiele akcji ratunkowych mam w pamięci i ciężko byłoby wyłonić tą najcięższą, gdyż każda różniła się okolicznościami w jakich zaszła oraz warunkami w jakich przyszło nam udzielać pomocy rannym. Najciężej chyba jest ratować kolegów, z którymi się przebywa na co dzień i bardzo dobrze zna, zwłaszcza pod ostrym ostrzałem. A na pewno nikt nie jest przygotowany na widok śmierci osób bliskich. Do pracy wróciłem normalnie, bez większych przeszkód, szybko się zaadoptowałem. Wszystkim wybierającym się na misję radziłbym zastanowić się poważnie i przemyśleć dwa razy zanim podejmą taką decyzję. Nie wszystkim udało się wrócić… Ryzyko jest dość duże. Owszem wyjazd jest wielkim wyzwaniem i życiową przygodą, ale czy wartą poświęcenia własnego życia? Pytanie zostawiam otwarte. Co do zwiedzania – marne szanse. Czy pojechałbym jeszcze raz? Hehehe, zobaczymy ;)

Zobacz fotoreportaż:

DO_TEKSTU

 

Komentarze  

 
#2 2011-11-26 00:03
bardzo tu ladnie wszystko opowiadasz jaki jestes fajny jakie masz kursy (als pals )jaka praktyke maja miec ratownicy jak w polsce nie ma przyjec na ich stanowisko wiec szukaja w wojsku pracy to wojsko jest zle przygotowane na takich ludzi to oni powinni szkolic i zapewniac praktyki w szpitalach przed misja jesli ktos ich nie mial masz szczescie za pojechales z pewna wiedza na misje ale wiedz ze misja to typowa uraówka a od urazówki jest itls ale jak widzisz nie trzeba byc w pelni wyszkolonym zeby dac sobie rady pozdro i moze sie spotkamy na ktorejs zmianie
Cytować
 
 
#1 mika24 2011-06-02 06:03
Fajny wywiad,gratuluj e autorowi konsekwencji,
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież